poniedziałek, 18 grudnia 2017 r. imieniny: Bogusława, Gracjana, Laury

Święty Józefie, dany za ojca Synowi Bożemu,
wspieraj nas w naszym zatroskaniu o rodzinę,
o zdrowie i pracę, po wszystkie
dni naszego życia i racz nas wspomagać
w godzinę śmierci naszej.

Multimedia

Msza św. - niedziela 11:30

Arcybiskup Edmund Piszcz          Rozważania o wierze

 

 

Wstęp                            IV                                VIII                                 XII                                XVI                                XX                               XXIV

                                      V                                  IX                                 XIII                               XVII                               XXI                              XXV

    II                                  VI                                                                  XIV                               XVIII                              XXII                             XXVI

    III                                 VII                                 XI                                  XV                                XIX                               XXIII                            XXVII

 

 

 

 

Wstęp

     Do Czytelnika poniższych tekstów pragnę skierować kilka słów wyjaśnie­nia. Otóż te refleksje na temat wiary nie są jakimś „traktatem teologicznym". Są to streszczenia homilii, jakie wygłaszałem w sierpniu 1967 roku w kościele w Kuźnicy na Półwyspie Helskim, gdzie zastępowałem ówczesnego proboszcza ks. Brunona Riebanda. Każdego wieczoru odprawiałem tam Mszę świętą w której uczestniczyło wielu wczasowiczów, jacy na tym wąskim fragmencie Półwyspu spędzali swój urlop, korzystając nie tylko z plaży i morza, ale także, przez udział we Mszy świętej, pragnęli pogłębić swoją więź z Bogiem. Szcze­gólnie więc do nich kierowałem te wieczorne kazania.

     Na prośbę wielu słuchaczy tekst homilii streszczałem i wywieszałem co­dziennie na tablicy ogłoszeń, by wierni mogli go sobie odczytać, przemyśleć czy nawet odpisać. Tematem zasadniczym kazań była wiara, a jej różne aspekty ujmowane były w świetle tych tekstów liturgicznych, jakie przypadały na dany dzień i wzięte były albo z czytań lekcyjnych albo z Ewangelii. Każdy codzienny tekst kończył się pytaniami, które miały pobudzać do własnych, a więc jak naj­bardziej osobistych refleksji. Miały one dokonywać pewnej konfrontacji między wiarą i codziennym życiem.

     Dodam, że do 1992 roku Gdynia, Puck i Półwysep Helski nie należały jeszcze do Archidiecezji Gdańskiej, lecz do Chełmińskiej (ze stolicą biskupią w Pelplinie), a ja należałem do grona jej kapłanów. Stąd moja obecność na zastępstwie w tej miejscowości.

     Tematyka wiary jest zawsze aktualna, bo „Bez wiary zaś nie można podo­bać się Bogu" (Hbr 11, 6). Wielu współczesnych ludzi przeżywa jej kryzys.

     A przecież kryzys nie jest sytuacją klęski, ale sytuacją decyzji, jaką trzeba podjąć, by powrócić na drogę prawdy i miłości. Dobrze się stało, że Benedykt XVI w Liście Apostolskim: PORTA FIDEI (Brama wiary) z 11 października 2011 roku zapowiedział ogłoszenie ROKU WIARY. Rozpocznie się on 11 paź­dziernika 2012 roku w pięćdziesiątą rocznicę otwarcia Soboru Powszechnego Watykańskiego II, a zakończy 24 listopada 2013 roku w uroczystość Pana Jezusa — Króla Wszechświata. Papież przypomniał, że wiara jest darem, które­go Bóg nikomu nie odmawia, ale trzeba go na nowo odkryć, z nim współdzia­łać, pielęgnować i dawać o nim świadectwo, by każdy z ludzi doświadczył, jak pięknie jest być chrześcijaninem.

     Niniejsze refleksje na temat wiary to po prostu moje własne przemyślenia, z którymi pragnąłem się podzielić w nadziei, że mogą się komuś przydać i pobu­dzić do dalszych przemyśleń. A postawione tam pytania może poruszą sumienie i zmienią coś w dotychczasowym życiu wiary. Ważne jest bowiem, by była ona nie tylko „wiarą ojców", ale wiarą świadomego wyboru. I to nie jednorazowe­go, ale takiego, o jakim pisał poeta Jerzy Liebert w wierszu „Jeździec":

                                   Jedno wiem i innych objawień

                                   Nie potrzeba oczom i uszom —

                                   Uczyniwszy na wieki wybór,

                                   W każdej chwili wybierać muszę.

 

      Wydany w 1997 roku nowy Katechizm Kościoła Katolickiego podaje taką definicję wiary: „ Wiara jest odpowiedzią człowieka, daną Bogu, który mu się objawia i udziela, przynosząc równocześnie obfite światło człowiekowi, po­szukującemu ostatecznego sensu swojego życia". Od tej odpowiedzi nikt z nas nie jest zwolniony. Co więcej, trzeba ją wyrazić nie tylko słowem, ale przede wszystkim codziennym, wiernym Bogu życiem. A radosne jest to, że w tej od­powiedzi złączymy się z nadzieją, jaką wypełni nam Jezus w słowach: Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie" (J11, 25).

      Czytającym i rozważającym z serca błogosławię.

     Na koniec pragnę zaznaczyć, że cytaty z Pisma Świętego na początku roz­ważań, wzięte zostały nie z „Biblii Tysiąclecia", ale z obowiązującego wcześniej tłumaczenia.

Olsztyn, Wielkanoc 2012                                                                                                                                                +Edmund Piszcz

                                                                                                                                                                                   Arcybiskup Warmiński-Senior

 

 

 

I

„Bracia, przypominam wam ewangelię, którą wam głosiłem i którąście przyjęli i w której trwacie. Przez nią też i zbawieni będziecie, jeśli ją zachowacie taką, jaką wam głosiłem: chyba że­byście na próżno uwierzyli. Bo naprzód podałem wam, com też otrzymał, że Chrystus umarł za grzechy nasze według Pisma, i że był pogrzebany, i że zmartwychwstał trzeciego dnia..." (1 Kor. 15,1-10).

     Spośród wielu bojaźni, charakteryzujących człowieka, typowy jest lęk, dotyczący przyszłości nie tylko doczesnej, ale przede wszystkim wiecznej. — Czy Bóg mnie zbawi? — oto częste pytanie, jakie niejed­nokrotnie nasuwa się chyba każdemu, kto z powagą i troską podcho­dzi do życia.

      Odpowiedź zawarta w powyższej lekcji jest jasna i prosta: zbawie­nie nasze uzależnione jest od przyjęcia Ewangelii, i co najważniejsze - od trwania w niej.

     Na tych dwóch prawdach spoczywa Boża obietnica w stosunku do człowieka, na nich zasadza się wewnętrzny spokój ludzkiego serca, niwelujący świadomą bojaźń i niepewność.

     Kiedy przyjmowaliśmy wiarę — Ewangelię - poprzez Chrzest Św., nie byliśmy w przeważającej większości świadomi tego faktu. Swoiste zapewnienie o naszej wierze dali wówczas rodzice chrzestni. Potem, wzrastaliśmy w atmosferze religijnej i wiara, nie narażona jeszcze na żadne konflikty, była wiarą przyjętą niejako od rodziców, była ową „wiarą ojców", była konsekwencją tradycji środowiska, w jakim wzrastaliśmy. A kiedy pojawiły się wewnętrzne trudności, nastąpiła zmiana otoczenia, środowiska - a wraz z nimi osłabienie postawy re­ligijnej, czy nawet zanik wiary.

     Jeśli zatem wiara w Chrystusa ma być czynnikiem ubogacającym naszą postawę człowieczą, jeśli ma być elementem doskonalącym na­sze życie religijne, to nie może to być „wiara ojców" czy „siła tra­dycji" - to musi być wiara świadomego wyboru. A zatem ja muszę wiedzieć dlaczego wierzę, ja muszę swoją postawę wiary przemyśleć konsekwentnie, by miała ona we mnie swe uzasadnienie.

      Rezultatem takiej postawy jest trwanie w wierze, jaką się świado­mie wybrało.

  1. Czy postawiłem sobie kiedykolwiek pytanie, dlaczego wierzę?
  2. Przyjąłem kiedyś chrzest Św., ale czy po dojściu do dojrzałości uczyniłem swoją wiarę, wiarą świadomego wyboru?
  3. Czy wiem, że przyjęcie świadome postawy wiary łączy się konse­kwentnie z postawą wobec całego życia, że konsekwencje pójścia za     Chrystusem nie są jakąś łatwizną, ale niejednokrotnie wielkim trudem?
  4. Wiarę trzeba nieustannie pogłębiać, ożywiać... — Co czynię, aby wiara moja była wiarą żywą?
  5. Czy między wieloma lekturami, jakie czytam, znajduje się książ­ka, czasopismo, czy cokolwiek innego, co pogłębiłoby mój stosu­nek do Boga ?
  6. Czy wiem, że wierność w praktykach religijnych - modlitwa, Msza Św., Spowiedź, Komunia św. itd. - jest bardzo istotnym czynnikiem, podtrzymującym żywą wiarę?
  7. Czy rozumiem, że za taką świadomą postawę religijną, za ową wiarę świadomego wyboru - jestem odpowiedzialny przed Bo­giem, a także i przed ludźmi?

 

 

II

 „Bracia, wzmacniajcie się w łasce, która jest w Chrystusie Jezusie, a to, co słyszałeś ode mnie... zlecaj ludziom wiernym, którzy będą zdolni uczyć też i innych, pracuj jako dobry żołnierz Chrystusa Jezusa..." (2 Tym 2, 1-7).

      Bardzo celowo powołał się św. Paweł w powyższych słowach na przykład żołnierza, w którego życiu jest pewien moment, decydują­cy o tym, że staje się on w pełni odpowiedzialnym żołnierzem. Tym momentem jest przysięga na wierność temu, pod którego dowódz­twem pragnie się walczyć, a nawet - w razie potrzeby - przelewać swoja krew. Przysięga jest więc wzięciem na siebie zobowiązań do wiernej służby, do poświęcenia, do całkowitego oddania się określo­nej sprawie.

     W życiu każdego chrześcijanina taką chwilą był i jest Chrzest Św. Właśnie od tego momentu człowiek stał się nie tylko istotą wolną od grzechu pierworodnego, ale przede wszystkim włączony został w szeregi wyznawców Chrystusa, zaciągnął się pod Jego zalecenia i rozkazy, zobowiązując się do wierności w służbie dla Boga i ludzi.

     Powiedział św. Paweł w innym miejscu: „Wiem, komu zawierzy­łem" (2 Tym 1, 12). - Stąd też pierwsza konsekwencja służby Chry­stusowej, wynikającej że Chrztu Św., z wiary świadomego wyboru - jest przekonanie — świadomość — komu się służy? — Człowiek po­przez uświadomienie następstwa Chrztu św. wie, że służy samemu Bogu (a służyć Jemu - znaczy królować). Drugi człowiek może nas zdradzić, opuścić, zawieść... a Bóg nie uczyni tego nigdy. Zaufanie

    Bogu jest równoznaczne z oparciem się na trwałym fundamencie, którego żadne ludzkie siły nie zdołają podważyć.

    Drugą konsekwencją Chrztu Św., jak również przysięgi, jest wier­ność. W służbie żołnierskiej brak wierności nazywa się bardzo twar­do i pogardliwie zdradą.

    A czym jest brak wierności w stosunku do Boga? Czy nie jest to również praktyczne przekreślenie tego, do czego się człowiek poprzez Chrzest św. zobowiązał?

  1. Czy odnawiam w sobie często świadomość, komu służę?
  2. Czy płynie z tej świadomości radość, że moja służba Bogu jest jednocześnie służbą ludziom, i że moje służenie ludziom jest jed­nocześnie służbą samemu Bogu ?
  3. Czy umiałem się w pełni zaangażować w to wszystko, czego Bóg ode mnie wymaga?
  4. Czy umiałem zdobyć się na ofiarę, na poświęcenie, jeśli tego wy­magają okoliczności, by w ten sposób dać dowód życia z wiary?
  5. Może mówię nieraz dużo o miłości - Boga i ludzi, bliźniego - ale czy pamiętam, że prawdziwa miłość polega na wierności, że nie ma prawdziwej miłości bez wierności?
  6. Brak czyjejś wierności w stosunku do nas odczuwamy bardzo do­tkliwie. Ale czy również podobnie jesteśmy uwrażliwieni na brak wierności w stosunku do Boga?
  7. Czy umacniamy się w łasce — jak mówi św. Paweł - by zachować wierność i nie być zdrajcą w stosunku do Boga, bliźnich, czy sa­mego siebie?

 

 

  

III

 „Bracia, za łaską Bożą jestem tym, czym jestem, a łaska Boża nie okazała się we mnie próżna, przeciwnie pracowałem więcej od nich wszystkich, nie ja co prawda, lecz łaska Boża ze mną..." (1 Kor 15, 10).

     Każda rzecz lub sprawa, wchodząca w krąg naszych zaintereso­wań, angażować musi dwie władze człowieka: rozum i wolę. Chcieć można bowiem tylko to, co się przedtem poznało. Prawda ta nie wy­maga zatem bliższych wyjaśnień.

     Świadomy wybór Boga nie jest - mimo pozorów - dziełem same­go rozumu i woli. W tym właśnie jednym wypadku dochodzi jeszcze czynnik trzeci - Łaska. Wiara w Jezusa Chrystusa jest więc niewąt­pliwie dziełem naszego rozumu i naszej woli, ale przede wszystkim jest ona dziełem Łaski. Słowa Chrystusa „Beze mnie nic uczynić nie możecie" (J 15, 5), albo „Nikt nie może przyjść do mnie, jeśli Ojciec nie pociągnie go ku mnie" (J 6, 14) i wiele innych, świadczą dobit­nie o tym, że wiara jest szczególnym darem, którym Bóg pragnie ubogacić człowieka.

    Czy jednak nie sprzeciwia się tej nauce rozpaczliwy lub obojętny gest niejednego człowieka, mówiący: „Nie wierzę!", „Nie mam wiary, ponieważ nie otrzymałem tego daru, tej łaski". - Otóż stan niewiary musi mieć swe źródło gdzieś indziej, bowiem Łaski wiary Bóg nikomu nie odmawia. Otrzymuje ją każdy człowiek w chwili Chrztu św. - Wiara jest warunkiem zbawienia, a Bóg chce, ażeby wszyscy ludzie byli zbawieni, dlatego wszystkim, bez wyjątku, daje wspomnianą Łaskę.

     Jest ona swoistym kapitałem, który trzeba pomnażać. Charak­terystyczną cechą Łaski jest to, że wzrasta ona proporcjonalnie do wysiłku człowieka w dziedzinie dobra, że ludzkie dążenie do coraz to większej wierności w stosunku do Boga prowokuje niejako analo­gicznie intensywną Łaskę. Tę czynność nazwał Św. Paweł „Współpra­cą z Łaską" i ona uczyniła go pełnym człowiekiem i pełnym chrześci­janinem.

    Ale można również Łaskę zmarnować, nie podejmując z nią współpracy. Tu leży przyczyna kryzysu wiary, postawy religijnej i etycznej. Oskarżenie o brak wiary skierować należy tylko w stronę człowieka, nie zaś Boga.

  1. Wiara w Jezusa Chrystusa jest Łaską, jest darem! Czy umiem Bogu za ten dar szczególnie dziękować?
  2. Obok tego jest wiara sprawą rozumu i woli. Czy starałem się Boga poznać, czy chciałem, by stał się trwałą własnością mego serca?
  3. Niezależnie od tego, jaki jest obecnie stan mojej wiary, a nawet, jeśli praktycznie nie wierzę, czy wiem, że to jest moja wina, bo od Boga tę Łaskę otrzymałem?
  4. Czy zdaję sobie sprawę z tego, że Łaskę trzeba pomnażać, że jej wzrost uzależniony jest od mojej woli?
  5. Czy umiem współpracować z Łaską?

 

  • Ochraniać ten dar przed złem, grzechem,
    • Być wrażliwym na dobre natchnienia, myśli, i urzeczywist­niać je?
    • Być posłusznym nakazom sumienia,
    • Żyć w poczuciu łączności z Bogiem,
    • Dziękować za każdą Łaskę?

 

 

 

IV

 „Bracia... zginam kolana moje przed ojcem, od którego bierze nazwę wszelki ród na niebie i na ziemi, aby dał wam według bo­gactwa swej chwały przez ducha swego skutkiem otrzymanej siły, doznać wzmocnienia wewnętrznego człowieka, iżby Chrystus za­mieszkał przez wiarę w waszych sercach..." (Ef 2, 14-17).

      Wszyscy znamy tę prawdę, że można zewnętrznie, fizycznie roz­winąć się wspaniale, a duchowo pozostać karłem. I na odwrót: moż­na być zewnętrznie słabym, nawet ułomnym, a duchowo — moca­rzem. Zatem rozwój każdego z nas przebiegać musi w ten sposób, by harmonijnie obejmował i odpowiednio kształtował jedną i drugą stronę.

    Wspomniany układ w każdej istocie ludzkiej nazywa św. Paweł „człowiekiem zewnętrznym i wewnętrznym" (2 Kor 4, 16) i suge­ruje nawet, że poprzez Chrzest św. i przyjęcie wiary sfera wewnętrz­na człowieka doznała szczególnego umocnienia i ubogacenia, że we­wnętrzny człowiek — to przede wszystkim człowiek wiary.

     Wewnętrzny człowiek - jak mówi św. Paweł - potrzebuje specjal­nej pomocy ze strony Boga. Wnętrze człowieka, jego dusza, jego ser­ce, przeznaczone zostało dla Chrystusa. Zrozumiałe, że stało się ono odtąd przedmiotem silnych ataków i zmagań ze strony przeciwników Boga. W tym właśnie tkwi uzasadnienie owej wyjątkowej pomocy dla „wewnętrznego człowieka".

     Rozwój „wewnętrznego człowieka" - to rozwój wszelakich du­chowych władz ludzkich, a więc nie tylko jakieś pogłębienie wiary, sfery religijnej człowieka, ale również tego wszystkiego, co stanowi niezbędną pomoc dla wyrobienia w sobie postawy prawdziwie Chry­stusowej, a więc umacnianie woli, by zawsze dążyła w kierunku do­bra, kształtowanie umysłu, by zawsze zdążał ku prawdzie, wyrabianie w sobie postawy czynnej miłości, obejmującej Boga i Jego sprawy, a jednocześnie i człowieka z jego biedą, słabością, potrzebą.

     Brak rozwoju „wewnętrznego człowieka", jest nie tylko świade­ctwem lenistwa, miernoty i przeciętności. Jest czymś znacznie tragiczniejszym, bo przekreśleniem gorącego pragnienia samego Boga, by zamieszkać na stałe w ludzkim sercu.

  1. Czy rozwój „wewnętrznego człowieka" jest przedmiotem mojej szczególnej troski?
  2. Czy dbam o prawdziwy rozwój swojego umysłu, by nie zadawalał się połowicznymi czy sezonowymi półprawdami, ale, by poprzez prawdy przyrodzone, ziemskie, dążył zawsze do najważniejszej Prawdy?
  3. Czy dbam o właściwy rozwój swej woli, by nigdy nie podtrzymy­wała słabości czy nałogów, ale by zawsze umiała wybrać i dążyć w kierunku dobra?
  4. Czy wiem, że ów rozwój władz wewnętrznych nie jest celem sa­mym w sobie, lecz, że zmierza ku najwyższemu z celów: by Bóg na stałe zamieszkał w moim sercu?
  5. Czy moja słaba wiara, mój brak szczerej, religijnej postawy, moją rzadkie kontakty z Bogiem - nie mają czasem swych źródeł w tym, że nie rozwijam w sobie „wewnętrznego człowieka"?
  6. Czy pamiętam, że w tej dziedzinie, jaką jest wewnętrzny, ducho­wy rozwój, potrzeba szczególnej pomocy Bożej, szczególnej Łaski? - Czy proszę o nią codziennie?

 

 

 V

 „Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła..." (Łk 1, 45).

      Powiedzieliśmy, że postawa religijna ma wypływać z wiary — do­dajemy: z wiary świadomego wyboru. Człowiek bowiem, jako istota rozumna, musi wiedzieć dlaczego wierzy, jak również — skoro Boga odrzucił - dlaczego nie wierzy?

      Wśród argumentów, mających uzasadnić, że nasza wiara jest ro­zumna, spotyka się nieraz bardzo zasadnicze nieporozumienia. Po­dobne są one do odpowiedz, którą dał Tomasz swoim współbraciom - apostołom: „Dopóki nie zobaczę... nie uwierzę" (J 20, 25). Albo: „Gdyby się Bóg tu objawił, wówczas bym uwierzył".

     Tak, ale nie byłaby to już wiara. To byłoby nie wymagające wy­siłku przekonanie, to byłaby oparta na swoistym doświadczeniu wie­dza. A wiara jest przecież czymś innym, jest ową cnotą nadprzyro­dzoną, dzięki której przyjmujemy za prawdę to, co Bóg nam objawił. Jemu ufamy, Jemu wierzymy, polegamy na Jego autorytecie. Wiara nie jest więc zgodą na jakaś tam ilość dogmatów, lecz jest to więź z Osobą Boga, którego słowa przyjmuje się jako prawdę.

      W tym tkwi niewątpliwie moment ryzyka, ale również i zasługi. To zawierzenie nie jest bynajmniej ślepe, czy sprzeczne z rozumem, lecz stoi ponad nimi, dopełnia go i rozjaśnia.

     Zatem czymś innym jest wiedza, przekonanie, a czymś innym jest wiara. W przemyśleniu tego istotnego rozróżnienia tkwi wyjaś­nienie wielu nieporozumień, zarzutów, jak choćby tego, że widocznie Bóg nie jest dobry, skoro istnieje zło, choroby, cierpienia, wojny...

     Owszem, nie łatwo jest dać na to odpowiedź, zwłaszcza komuś, kto cierpi... Ale mimo tych wszystkich cierpień, chorób i zła, mam wie­rzyć, że Bóg jest miłością, jest dobrocią, jest troszcząca się o wszyst­kich Opatrznością. — Postawa wiary - jak widać - nie jest wyborem łatwizny, ale w tym miejscu wiara łączy się z ufną miłością.

  1. Czy wiem, dlaczego wierzę?
  2. Czy staram się o prawdziwe i przekonywujące uzasadnienie mo­tywów mej wiary?
  3. Jeśli odrzuciłem Boga i jestem niewierzącym - czy wiem, dlacze­go to uczyniłem, dlaczego wybrałem inną drogę?
  4. Czy odpowiedź, jaką sam sobie dałem, uważam za odpowiednią w stosunku do własnego poziomu intelektualnego, do wykształ­cenia?
  5. Czy rzeczywiście sam głęboko przemyślałem te zagadnienia, związane z ewentualną niewiarą, czy też ktoś mi je podsunął, a ja je bezkrytycznie przyjąłem, lub akceptowałem dlatego, że były mi bardzo wygodne?
  6. Czy ufam Bogu bez zastrzeżeń?
  7. Czy moja wiara polega na nieustannie pogłębiającej się więzi mo­jej osoby z Osobą Boga?

 

 

  

VI

 „Bracia, nie w oparciu o zmyślone baśnie oznajmiliśmy wam moc i przyjście Pana naszego Jezusa Chrystusa, lecz oglądaliśmy na własne oczy jego wielkość, albowiem odebrał on od Boga Ojca cześć i chwałę, gdy doszedł do nieba taki głos z przedziwnego ob­łoku: Ten jest syn mój miły... Jego słuchajcie... - i tak potwier­dzona była mowa proroków, której trzymając się jako świecy w ciemnym świecącej miejscu, dobrze uczynicie..." (2 P 1, 16-20).

    Wiemy, że żmudną i pełną wysiłku jest droga uczonego, usiłują­cego dotrzeć do jakiejś naukowej prawdy. Skoro jednak ją odkryje, to tym samym oszczędzi trudu innym, którzy już tylko korzystać będą z jego wysiłków. Rozum ludzki potrafił i potrafi jeszcze wiele prawd odkryć, bo możliwości jego są naprawdę wielkie.

     Ale są również ograniczone. Do pewnych prawd rozum nigdy nie dotrze, nigdy ich nie zgłębi i nie przeniknie. Dlatego, by człowiek nie błądził, by nie trudził się w bezowocnym wysiłku, Bóg odkrył przed nim te prawdy religijne, dzięki którym człowiek poznał Boga na tyle, by mógł Go kochać i mu służyć.

     Słusznie mówi św. Piotr, że te prawdy nie są baśniami, ani też ni­czym podobnym, wymyślonym przez ludzi. Ponadto, prawdy ob­jawione tym się różnią od innych, ziemskich, ludzkich, że wysuwają pewne żądanie, że przede wszystkim stawiają one wymagania moralne, i to niejednokrotnie takie, przeciwko którym człowiek się buntuje.

     „Jego słuchajcie..." — w tym zdaniu mieści się polecenie, proś­ba samego Boga, by człowiek wspomniane prawdy przyjął i odpo­wiedział na nie wiernością, by nie kształtował obrazu Boga na po­dobieństwo swoich życzeń i pragnień, lecz, by z prostotą przyjął całe Objawienie takim, jakim ono jest. Przedmiotem wiary nie mogą być jakieś fragmenty Objawienia, a więc te prawdy, które mi odpowia­dają. Objawienie trzeba przyjąć w całości, bo wiara jest więzią, jest spotkaniem z całym Chrystusem, który umiłował całego człowieka, nawet z jego grzechami...

  1. Czy przyjąłem Chrystusa, Jego prawdy, w całości?
  2. Skoro wiem, że zostały one dane z miłości do człowieka, czy te prawdy objawione szczerze pokochałem?
  3. Czy wiem, że oddzielenie prawd od moralnych żądań, jakie z nich wynikają, jest smutną niekonsekwencją, osłabiającą, a na­wet niszczącą życie wiary?
  4. Jaki jest mój obraz Boga? - Czy wierny i zgodny z tym, co obja­wił Chrystus i co przekazały nam Ewangelie?
  5. Prawda o człowieku brzmi, że jest on istotą grzeszną. Czy wiem, że Bóg mnie kocha nawet jako grzesznika?
  6. Czy tak daleko idąca Boża miłość mi nic nie mówi?
  7. Czy staram się być Bogu wiernym na każdy dzień, na każdą chwilę?

 

 

 

VII

 „Bracia..., Błogosławiony jest maż..., który mógł zgrzeszyć, a nie zgrzeszył, mógł źle czynić, a nie uczynił..." (Syr 31, 8-11).

      Spotkać można niekiedy zarzut, wysuwany pod adresem ludzi wierzących, iż wybrali oni — poprzez wiarę — drogę życiowej łatwizny i umożliwili sobie w ten sposób wygodną, bezproblemową egzystencję. - Oczywiście, zarzut ten jest nieporozumieniem, nawet, jeśli opiera się tylko na fakcie przyjęcia przez człowieka wierzącego Objawienia, uwa­żając to za uwłaczające rozumowi ludzkiemu ułatwienie. - Wiadomo jednak, że zgoda na Objawienie nie jest sprawą wyłącznie rozumową, ale czymś, co angażować musi całego człowieka. A ponadto - być wie­rzącym, znaczy nie tylko przyjąć określony system prawd, do których człowiek rozumem nigdy by nie doszedł, lecz przede wszystkim znaczy to — przyjąć w całe swe życie Chrystusa, który szczególnie uwrażliwi serce ludzkie na to wszystko, co jest człowieczą biedą, szamotaniem się wewnętrznym, cierpieniem, słabością.

    Dziwne to może, ale przyjęcie wiary, a nawet życie nią, nie zwal­nia bynajmniej od pokus i zwątpień w tym zakresie. Wiara jest spra­wą życia, czyli całej postawy, jaką człowiek musi przyjąć i ukształto­wać w sobie, by w pełni odpowiedzieć żądaniom Chrystusa. Przez przyjęcie wiary powiększa się świadomość zła i grzechu, wyrabia się właściwa czułość sumienia, które odtąd niepokoi, jeśli zachodzą w tym zakresie łatwizny i odchylenia.

     Zdanie z księgi Syracha uświadamia, że skłonność do zła, skłon­ność do grzechu - ta pozostanie w nas zawsze, aż do śmierci. Ale wielkość człowieka wierzącego polegać będzie w tym wypadku na tym, że oparł się pokusom, że nie skorzystał z najbardziej nęcącej nawet propozycji, jeśli była złem, grzechem. Ze chociaż mógł zgrze­szyć, to jednak nie zgrzeszył, a więc nie uczynił żadnego zła właśnie ze względu na Boga.

     Powstrzymanie się od zła, grzechu, nie jest ani proste, ani łatwe. Zło potrafi niekiedy przybrać pozory dobra. Ale tym bardziej wów­czas trzeba je odrzucić, by trwać w łączności z Bogiem.

  1. Czy pamiętam o tym, że przyjęcie wiary jest sprawą całej mojej postawy życiowej?
  2. Przyjęcie wiary jest również osobistym spotkaniem z Chrystu­sem. Czy umiem Go włączyć we wszystkie moje sprawy, przyjaź­nie, zajęcia, troski i radości?
  3. Czy stawiam sobie w trudnych chwilach pytanie: a co się stanie z Chrystusem we mnie? - Czy Mu ze mną będzie dobrze?
  4. Czy umiałem odrzucić zło, grzech, by uratować Chrystusa — w sobie, w innych?
  5. Czy mam w sobie odrazę grzechu?
  6. Czy dbam o prawidłowy rozwój, o należyte ukształtowanie włas­nego sumienia?
  7. Sumienie jest głosem Boga w naszym sercu. Czy jestem temu głosowi posłuszny?

 

 

  

VIII

 „Bracia, nieustannie dziękujemy Bogu, bo gdy przyjęliście słowo Boże od nas, przyjęliście je nie jako słowo ludzkie, ale — jak jest naprawdę — jako słowo Boga, który działa w nas..." (1 Tes 2, 13).

      Spotkanie z Bogiem — to również gotowość przyjęcia Jego sło­wa. Bardzo często wiara zawdzięcza swój początek Łasce, którą Bóg skierował do człowieka poprzez słowo. Znana jest powszechnie moc słowa ludzkiego, jego wpływ - dodatni lub ujemny. Słowem wyraża człowiek to, co myśli, czuje, przeżywa, ono pozwala na nawiązanie kontaktu, na komunikowanie się z drugą osobą. Takie, najogólniej mówiąc, cechy charakteryzują ludzkie słowo.

     Czymś więcej jest jednak słowo Boże. W Starym Testamencie było ono niewątpliwie podobne do słowa człowieka, ale w Nowym Przymierzu objawiła się Jego pełnia: „A Słowo stało się Ciałem i zamieszkało między nami..." (J 1, 14) — jak to pięknie określił św. Jan. I choć zdanie to odnosi się w pierwszym rzędzie do Chrystusa, to jednak zachowuje ono również głęboki sens, charaktery­zując słowo Boże.

     Słowo ludzkie było tylko słowem i niczym więcej. Słowo Boże jest natomiast nie tylko samym słowem, lecz także tym, co daje nowe życie, co wskrzesza oraz podnosi, co przebacza i błogosławi, jest tym, co przekazuje niewidzialną Łaskę w sakramentach, jest po prostu swoistym sakramentem, który przyjęty - działa w człowieku.

     Moc słowa Bożego, widoczna tak jasno na kartach Ewangelii, jest nadal taka sama i pozostanie taka do końca dni naszego świata.

     Apostołowie, przekazując Boże słowo, mieli głębokie przekonanie, że przekazują wiernym nie jakąś tylko sumę wyrazów, lecz przede wszystkim samo Boże, Chrystusowe życie, które stać się miało włas­nością każdego ludzkiego serca.

    Mamy wszyscy obowiązek głoszenia wiary, przekazywania jej tym, którzy jej nie mają, którzy Chrystusa dotąd jeszcze nie poznali. Pamiętajmy, że to słowo, które przekazujemy innym, jest słowem Bożym, jest właściwie samym naszym życiem.

  1. Wypowiadam z pewnością wiele słów w ciągu każdego dnia; Czy zdaję sobie sprawę z tego, że swymi słowami oddziaływuję albo dodatnio, albo ujemnie?
  2. Czy wiem, co mówię, i do kogo mówię?
  3. Czy wiem, że słowem wyrządzić można bliźniemu ogromną krzywdę, że słowem można nawet drugiego człowieka zabić?
  4. Czy mówię niejednokrotnie o Bogu — z dziećmi, bliskimi, przy­jaciółmi, a zwłaszcza tam, gdzie może Boga jeszcze nie znają, i gdzie tylko ja mogę Go zanieść?
  5. Czy pamiętam, że słowo Boże, jakie mam przekazać, to przede wszystkim moje własne życie, życie wiarą w Jezusa Chrystusa?
  6. Jaka jest moja znajomość słowa Bożego? - Czy czytuję, choć od czasu do czasu Ewangelię?
  7. Czy to, co mówię bliźnim, ma potwierdzenie w tym, co czynię, jak postępuję, jak żyję?

 

 

 

IX

 „Wychwalać cię będę, Panie i Królu, wychwalać cię będę Boga, zbawcę mego... boś stał się dla mnie wspomożycielem i obroń­cą. .. ze wszystkich stron otoczyli mnie i nie znalazłem wspomo­życiela... wówczas wspomniałem na miłosierdzie twoje, Panie... że wybawisz tych, którzy cierpliwie czekają na ciebie, i wyzwalasz ich z ręki nieprzyjaciół..." (Syr 51, 1-8).

      Wiemy już, że wiara nie polega na przyjęciu określonej sumy prawd, lecz na żywym stosunku do Osoby Chrystusa. Na początku aktu wiary stoi zatem zawierzenie, zaufanie do Boga, jako Osoby; z miłości ku Niej płynie pragnienie uznania tego, co Ona mówi, uznania prawd, jakie głosi.

     Widoczność związku wiary z życiem jest wtedy szczególna, gdy pojawiają się w nim cierpienia, niepowodzenia, nieszczęścia, czy inne zło. Pojawia się wtedy automatycznie pytanie: „Panie Boże, gdzie je­steś?" - Mamy pełne prawo wzywać pomocy Bożej w potrzebie, ale nie mamy prawa ulegać zwątpieniu, że Bóg o nas zapomniał, że Go chyba w ogóle nie ma...

    Żywa i szczera wiara w Chrystusa jest zawsze wiarą w obecność, a także i pomoc Bożą we wszystkich sytuacjach, zawsze i wszędzie. Człowiek wierzy w całej pełni, a więc ufający Bogu bez zastrzeżeń, wie, że owe trudne sytuacje życiowe mogą mieć ukryty, ale zamierzo­ny przez Boga sens i cel. Ciemne chwile życia nie były obce nawet samemu Chrystusowi, ale właśnie na Jego przykładzie widzimy, że te chwile nie były bezowocne. W życiu ludzkim mogą one być pró­bą, doświadczeniem, oczyszczeniem ze zła, karą czy pokutą, ale one nigdy nie niwelują pomocy czy obecności Bożej.

     Głęboko wierzący człowiek szczególnie w trudnej, czy krytycz­nej sytuacji potrafi dostrzec prawdziwą miłość Bożą, objawiającą się właśnie w pomocy i obecności samego Boga. Ale na to trzeba mieć rzeczywiście wiarę i całkowite zaufanie do Stwórcy.

     Oryginalnie wyraził to nasz poeta Leopold Staff w jednym ze swo­ich wierszy, opisujących taką właśnie sytuację: kryzys wiary i bunt:

                                       „.. .Szukałem Ciebie w chmurach i w niebiosach

                                        i na tej niskiej, pełnej grobów glebie,

                                        a dzisiaj widzę w radosnych łez rosach,

                                         że Bóg był bliżej mnie, niż ja sam siebie".

Milczenie Boga może być długie, ale nie jest nigdy milczeniem zapomnienia.

  1. Obecność Boga w świecie — czy wierzę w tę prawdę?
  2. Czy wiem, że Bóg troszczy się o cały świat i że tą troską objęty jestem również ja?
  3. Czy wierzę, że owa troska wyraża się w pomocy Bożej dla czło­wieka, dla mnie?
  4. Czy nie poddaję się zwątpieniu, skoro tylko nawiedzają mnie trudne czy ciężkie sytuacje życiowe?
  5. Czy - mimo cierpień, trudności, smutku lub zła, jakie mnie do­tknęło nadal mam głębokie zaufanie i wiarę, że Bóg mnie kocha, że o mnie pamięta, że się o mnie troszczy?
  6. Czy umiem znosić takie trudne sytuacje bez wewnętrznego buntu?
  7. Czy wiem, że największą mądrością, jaką przekazał Chrystus w związku z takimi sytuacjami, było zdanie: „Ojcze, nie moja, ale Twoja wola niech się stanie" (Łk 22, 42) - Czy umiem to zdanie w duchu głębokiego zaufania do Boga powtórzyć?

 

 

 

X

 „Bracia, kto skąpo sieje, skąpo też i zbiera, kto zaś hojnie sieje, ten hojnie tez zbierać będzie. Każdy niech przeto postąpi tak, jak mu nakazuje jego własne serce, nie żałując i nie czując się przymuszo­nym, albowiem radosnego dawcę miłuje Bóg..." (2 Kor 9, 6-10).

     Wiemy już, że wiara religijna nie ma nic wspólnego z jakimkol­wiek wygodnictwem, czy życiową łatwizną. Jest wręcz przeciwnie: wiara żywa jest jakąś nieustanna ofiarą. Podobnie przecież wyglądało życie Chrystusa.

     Chrześcijaństwo jest zaprzeczeniem egoizmu. Chrześcijaninem jest się o tyle, o ile urzeczywistnia się przykazania, a wśród nich naj­większe: Przykazanie miłości. Ludziom, którzy narzekają, że nikt z nimi się nie przyjaźni, że nikt nie powie im dobrego słowa, niczego nie da itp., można odpowiedzieć początkowymi słowami Św. Pawła: „Kto skąpo sieje, skąpo też i zbiera". Ale kto hojnie sieje, tego zbiory są równie hojne.

     Postawa żywej wiary - to szczególnie postawa dawania drugim Boga i siebie, dawania Bogu siebie i drugich. Dawanie wszystkiego, co jest dobrem, co jest miłością, co zmierza ku Bożej chwale i pożyt­kowi bliźnich.

     Nasza ofiara - jak mówi św. Paweł - ma być w pierwszym rzę­dzie hojna, a więc mamy dać tyle, jak nakazuje nam własne serce. W konkretnej sytuacji zawsze będziemy wiedzieli, w jakim stopniu ubogacić drugiego człowieka, byle byśmy tylko nie byli w tym zakre­sie skąpi.

      Nie mamy również żałować tego, cośmy dali. Sam fakt dawania łączyć się musi z radosnym przeświadczeniem, że ktoś" dzięki nam przestaje być smutnym, głodnym, potrzebującym.

      Żal w zjawisku dawania świadczy o tym, że dominuje w nas jesz­cze egoizm, chęć posiadania dla samego tylko posiadania i brak wraż­liwości na sprawy i potrzeby bliźnich. Wreszcie, dając, trzeba dawać z radością, bez przeświadczenia, że nam ktoś kazał to uczynić, że nas do tego przymusił. Dawanie dobra, dawanie Boga musi być odbi­ciem hojności i ofiary Chrystusa w stosunku do człowieka, hojnym, pełnym miłości, radosnym.

  1. Czy pamiętam, że wybierając świadomie Chrystusa, wybrałem jednocześnie drogę nieustannej ofiary?
  2. Jaka jest moja wrażliwość na potrzeby bliźnich, z którymi żyję, pracuję mieszkam, przebywam?
  3. Czy moja postawa, płynąca z wiary, jest ciągłą postawą dawania?
  4. Czy moją postawę dawania cechuje hojność?
  5. Czy umiem dawać chętnie, bez wypominania i żalu?
  6. Czy umiem dawać z radością?
  7. Czy pamiętam, że dając bliźniemu, daję jednocześnie samemu Bogu?
  8. Czy pamiętam, że przykazanie miłości Boga i bliźniego jest obo­wiązkiem, a nie tylko jakimś zaleceniem?

  

 

 

XI

 „Bracia, święci przez wiarę pokonali królestwa, wypełnili spra­wiedliwość, otrzymali obietnice, zdusili potęgę ognia, uszli ostrza miecza, dźwignęli się z niemocy, mężnymi stali się... byli kamieniowani, piłowani, dręczeni, przebijani mieczem... tułali się... w nędzy, ucisku i utrapieniach... a ci wszyscy przez wiarę zaleceni znaleźli się w Chrystusie Jezusie Panu naszym..." ( Hbr 11, 33-39).

       Prawdziwa świętość jest tylko tam możliwa, gdzie jest prawdziwa i głęboka wiara. Rezultatem takiej właśnie, żywej wiary jest świętość, która różni się dość istotnie od tego, co świat nazywa doskonałością. Doskonałym może człowiek stać się sam, ale świętość osiągnąć może tylko w łączności z Bogiem. Świętość polega bowiem nie tylko na in­dywidualnym wysiłku człowieka, lecz przede wszystkim na całkowi­tym otwarciu się na Boga, na tym by On mógł w całej pełni działać w ludzkim sercu.

     Jeżeli święci dokonywali tylu wielkich rzeczy, jak o tym mówi św. Paweł w Liście do Hebrajczyków, to dlatego, że sam Bóg w nich i poprzez nich czynił rzeczy wielkie. Święci nigdy nie przypisywali sobie żadnych sukcesów, gdyż bardzo dobrze wiedzieli, kto jest ich właściwym sprawcą. Ich życie wiarą polegało na urzeczywistnie­niu tego, co tak trafnie wyraził Jan Chrzciciel: „On ma wzrastać, a ja - się umniejszać" (J 3, 30). I nie było to bynajmniej jakieś pomniejszanie samego siebie; w tym wypadku było to - i jest za­wsze - ubogaceniem człowieka, rozwijaniem w nim wszelkich jego możliwości.

     Pójście za Chrystusem nie łączyło się z żadną gwarancją czy za­pewnieniem, że usunięte będą wszelkie trudności, zło, cierpienia, że życie będzie błogie, spokojne, dostatnie. Co więcej - Chrystus po­wiedział kiedyś, że nie jest uczeń większy nad mistrza, że skoro mnie prześladowali, to i was prześladować będą (por. J 15, 20). Mimo tego, i mimo wielu innych trudności, święci triumfowali, bo sam Bóg w nich zwyciężał.

     Tajemnicą tak pojętnej świętości, płynącej z głębokiej wiary, jest życie w poczuciu łączności z Bogiem. Spełnienie tego warunku, łącznie z „otwarciem się na Boga" sprawi, że będziemy mogli powiedzieć za św. Pawłem: „Żyję już nie ja, ale żyje we mnie Chrystus" (Gal 2, 20).

  1. Czy mam w sobie głęboką wiarę i ambicję dążenia do świętości?
  2. Czy wiem, że polega ona przede wszystkim na tym, aby czynić Bogu coraz to więcej miejsca w swoim sercu, by „On mógł wzra­stać, a ja się umniejszać"?
  3. Czy umiem spojrzeć na trudności i cierpienia, jakie mnie spoty­kają, jako na wyraz miłości Bożej w stosunku do mnie?
  4. Czy wiem, że Bóg poprzez cierpienie czy klęski może mi więcej powiedzieć, niż przez radości?
  5. Czy mam świadomość, że od Boga wyszedłem i do Boga powrócę, a więc, czy żyję w poczuciu łączności z Panem, który przyjdzie?
  6. Czy umiem włączyć Boga we wszystkie sprawy swego życia?
  7. Czy pragnę szczerze tego, by żył we mnie Chrystus?

 

  

XII

 „Bracia, kto się chlubi, niech się chlubi w Panu..., nie ten bo­wiem, kto zaleca samego siebie, wart jest uznania, ale ten, które­go Bóg zaleca..." (1 Kor 1, 27; 2 Kor 3, 1).

      Znamy już to głębokie zdanie św. Pawła: „Dzięki łasce Bożej je­stem tym, kim jestem..." (1 Kor 15, 10) — Człowiek głęboko wierzą­cy uświadamia sobie bowiem, że wszystko w nim jest dziełem Boga, Jego Łaski, a z tego faktu, z uświadomienia sobie tej prawdy, płynie to, co nazywamy pokorą.

     Wiemy, że najcięższym i największym grzechem jest pycha, czyli zamknięcie się na Boga, zamknięcie się w skorupie własnego egoi­zmu. Chyba jednoznacznie ocenilibyśmy takie postępowanie jakie­goś dziecka, które - otrzymawszy wszystko od rodziców - mówi, że wszystko tylko samemu sobie zawdzięcza. Nie mielibyśmy wątpliwo­ści, co o takim dziecku sądzić i jak określić jego postępowanie.

     Czymś podobnym jest pycha w stosunku do Boga. Jest to zawsze jakieś kłamstwo, jakaś próba fałszowania rzeczywistości, jakieś za­przeczenie prawdy.

     Bo pokora to prawda, to spojrzenie na siebie, Boga, bliźnich w świetle prawdy, to ocenianie siebie w aspekcie prawdy. Zatem isto­tą pokory jest prawda, dzięki której poznajemy siebie takimi, jakimi w rzeczywistości jesteśmy.

     Obok prawdy składa się na istotę pokory jeszcze drugi czynnik, mianowicie sprawiedliwość. Ona bowiem skłania nas do tego, by­śmy się sami z sobą obchodzili stosownie do tego poznania, byśmy prawdziwie umieli oceniać innych.

      Zasadnicza trudność w praktykowaniu pokory leży w tym, że człowiek nie lubi siebie prawdziwie i sprawiedliwie oceniać. A to jest konieczne, by na taką autentyczną ocenę się zdobyć. Bez tego cały stosunek do Boga jest zakłamany i nieszczery; zafałszowany jest również stosunek do bliźnich. — Chrystus powiedział o sobie, że jest Prawdą. Przyjęcie poprzez wiarę Chrystusa jest i musi być przyjęciem prawdy w całym własnym życiu.

  1. Czy wiedząc, na czym polega pokora, umiem spojrzeć na siebie w świetle prawdy?
  2. Czy wiem, że ważne jest przede wszystkim to, co Bóg o mnie sądzi?
  3. Czy, oceniając właściwie samego siebie, umiem oddać sprawiedli­wość drugiemu człowiekowi?
  4. Czy umiem szczerze cieszyć się z sukcesów bliźniego?
  5. Czy odwdzięczam się Bogu za to wszystko, co dla mnie uczynił i nadal czyni?
  6. Czy mój stosunek do bliźnich jest również oparty na pokorze, czyli na prawdzie?
  7. Czy nie chcę nieraz okazać się wobec otoczenia lepszym, aniżeli jestem w rzeczywistości?
  8. Czy pamiętam, że w moim życiu wybrałem prawdę?

 

  

 

XIII

 „Bracia..., lecz pismo zamknęło wszystko pod grzechem, aby przez wiarę w Jezusa Chrystusa ziściła się obietnica wierzą­cym..." (Ga 3, 22)„... i rzekł Chrystus: wstań, idź, bo wiara twoja uzdrowiła cię" (Łkl7, 11).

     Dzieje Izraela, zawarte w Starym Testamencie, to przede wszyst­kim historia wierności tego narodu względem Boga. Obietnice, dane Żydom, były niewątpliwie wyróżnieniem tego plemienia, były niczym nie zasłużonym darem, ale były też wielką próbą, ponieważ wymagały wiary i zaufania w stosunku do Stwórcy.

     Przyjście na świat Chrystusa miało być m.in. sprawdzianem owej wiary, owego czekania na Zbawiciela. I wiemy, że próba ta wypadła - ogólnie biorąc - ujemnie. Trafnie napisał później św. Jan, że Chry­stus „przyszedł do swoich, a swoi Go nie przyjęli"(l, 11).

     Byli jednak tacy, którzy w Jezusa uwierzyli, którzy Go poznali i przyjęli. I tym właśnie dało moc - jak mówi dalej Św. Jan — aby się stali synami Bożymi. Istotnym warunkiem było jednak uznanie Chrystusa jako Boga, była wiara w Niego. Cała Ewangelia jest przy­kładem, jak wielką cenę ma wiara naszą w oczach Bożych. Chry­stus niejednokrotnie od pytania o wiarę rozpoczyna wszelki kontakt z człowiekiem. A czyniąc cuda, nawiązywał zawsze tylko do wiary człowieka. I dziś czyni to nadal.

     Łaska, jakiej udzielał Chrystus, była zawsze łaską na miarę wiary, jaka była w człowieku. Czyż nie są charakterystyczne pod tym wzglę­dem słowa Ewangelii, w których Chrystus mówi trędowatemu: „Wstań, idź, bo wiara twoja uzdrowiła cię". A zatem Chrystus udzie­lił temu nieszczęśliwemu łaski na miarę jego wiary, jego zaufania i zawierzenia w stosunku do Boga.

     I tak jest zawsze. Bóg udziela swych łask na miarę naszej wiary, | która nie tylko polega na ufności w moc Bożą ale takiej wiary, któ­ra jest samym życiem, w którym Chrystus stoi na pierwszym miej­scu, życiem, które całe jest świadectwem liczenia się z Bogiem, a tym samym świadectwem wiary w Niego. Wielka wiara „prowokuje" wielkie Łaski! Otrzymanie ich zależy więc od człowieka, od stopnia jego własnej i żywej wiary.

  1. Jaka jest moja wiara w Jezusa Chrystusa? - Czy żywa, czy ufna, czy szczera i prosta?
  2. Czy wiem, że słowa św. Jana: „Przyszedł do swoich, a swoi Go nie przyjęli" - są nadal niekiedy bardzo aktualne? - Może nawet w moim życiu?
  3. Czy wiem, że Bóg może udzielić mi wielu łask, i że zależy to nie tylko od mojej wiary w Niego?
  4. Czy rozumiem, że pod słowem „wiara" nie chodzi tylko o jakiś chwilowy jej akt, lecz o życie według wiary?
  5. Może mam żal, że Bóg nie udzielił mi jakiejś łaski, choć o nią bardzo prosiłem, ale jaką była w tym wypadku moja wiara ?
  6. Czy umiem być wdzięcznym Bogu jak ów trędowaty z dzisiejszej Ewangelii?
  7. Czy dziękuje Bogu za najmniejszą nawet łaskę?

 

  

 

XIV

„Onego czasu jakaś kobieta z tłumu zawołała do niego: błogosła­wione łono, które Cię nosiło i piersi, któreś ssał..." (Łk 11, 27).

       Powszechny był szacunek dla Maryi, która wydała na świat takie­go Człowieka - Jezusa Chrystusa. I ten szacunek osiągnął swój naj­wyższy wyraz w tym odezwaniu się pewnej niewiasty z tłumu: „Bło­gosławione łono, które Cię nosiło.

     W ten sposób staje przed nami Maryja jako Rodzicielka Bożego Ciała, jako Ta, która w swym błogosławionym łonie nosiła Chrystu­sa. A nosząc Go przez 9 miesięcy czuła się Maryja na pewno — jak każda matka - jak najbardziej z tym dzieckiem złączona, zjednoczo­na. W jakiś sposób chciała dać temu Dziecku, które było w Niej, wszystko co najlepsze: całą troskę o spokojny i prawidłowy rozwój, całą tkliwość i życzliwość, radość, że się to Dziecko rozwija, całą mi­łość i tęsknotę, z jaką czekała na Jego narodziny.

     Całym swoim zachowaniem, życiem wewnętrznym i zewnętrznym przez ten czas noszenia w sobie Syna Bożego — Maryja w jakiś sposób kształtowała Go, dawała Mu z siebie wszystko to, co najlepsze.

     Wszyscy, którzy codziennie, czy rzadziej, przyjmują Eucharystię, nosimy w sobie Ciało Boże. Co więcej - my je również jakoś kształ­tujemy w sobie i jesteśmy za to odpowiedzialni, jakiego Chrystusa potem dajemy światu poprzez naszą mowę, sposób postępowania, uczynki...

      Chrystus będący w łonie Maryi rozwijał się, wzrastał, był ściśle z Nią złączony, zjednoczony. Podobnie i w nas Chrystus ma rozwijać się poprzez dobro, miłość, poprzez głębokie życie wiary, które spra­wi, że Jezus będzie w nas wzrastał z dnia na dzień, że mimo bólu i ofiary, rozwijać się w nas będzie Boże życie. Mimo bólu i ofiary, bo nie ma rodzenia bez ofiary i bólu.

     Pomyślmy o tym, jak przyjmujemy Chrystusa, jak nosimy Go w sobie, jak kształtujemy i jakiego Chrystusa dajemy światu?

  1. Czy rozumiem potrzebę coraz to ściślejszego wiązania się z Bo­giem poprzez posilanie się Jego Ciałem?
  2. Jak przyjmuję to Boże Ciało?

 

  • czy Komunia św. jest owocna we mnie?
  • czy Bóg rzeczywiście rozwija się we mnie?
  • czy kształtuję w sobie to Boże Ciało?
  • czy wydaję Je na świat w postaci: dobra?

                                                                       miłości?

                                                                       czystego życia?

   3.    Czy pamiętam o słowach św. Pawła „Tak tedy człowiek niech do­świadcza samego siebie..." jak przyjmuję Ciało Pańskie? Bo kto spożywa    niegodnie... ten potępienie sobie je i pije"(l Kor 11, 28).

   4.    Czy dbam o to, by nie popaść w rutynę?

   5.    Czy staram się przyjmować Boga w Komunii św. zawsze z wielką miłością?

   6.    Czy pamiętam w ciągu dnia o tym, że noszę Boga w sobie?

   7.    Czy wiem, że nie jest rzeczą obojętną, jakiego Boga daję światu, w którym żyję? - I jak kształtuję Go, by on promieniował po­przez moje  czyny, moje słowa, moją życzliwość i miłość?

   8.    Czy wiem, że Bóg bardzo chce być we mnie, że za mną bardzo tęskni?

 

 

 XV

„...Błogosławionaś, któraś uwierzyła, że wypełni się to, co Ci oznajmiono od Pana..." (Łk 1, 41-50).

       Cała liturgia Wniebowzięcia kieruje nasze myśli w stronę tego miejsca, do którego wzięta została Maryja — do nieba. Nie jest ono zapewne zbyt częstym przedmiotem naszych rozważań. Sądzimy na ogół, że jest to „coś:, co czeka nas na końcu życia, a właściwie, na co liczymy na końcu życia. Sądzimy, że niebo jest tym, na co czekamy.

      Tymczasem nic biedniejszego nad takie pojęcie. Powiedział Chry­stus wyraźnie: „Królestwo Boże jest w was" (Łk 17, 21). A zatem niebo jest już w jakiś sposób tutaj, w nas, i zadaniem naszym w życiu jest budować je z pomocą Łaski, jakiej Bóg nam udziela. Budować, a nie wyczekiwać. Bóg bowiem nie chce, byśmy biernie wyczekiwali Królestwa Bożego. Bóg chce współpracowników.

      Tak często może myślimy o niebie jako o jednym mieszkaniu z Bogiem, a On przecież przyszedł na ten świat i nigdy nie ma za­miaru z niego odejść. ,A oto ja jestem z wami po wszystkie dni aż do skończenia świata" (Mt 28, 20).

      Wiara w Boga musi być wiarą w Jego obecność na tym świecie, i uznaniu tego faktu, w pracy nad rozszerzaniem jego tkwi zapocząt­kowanie tego, co nazywamy niebem. To prawda, że kiedyś ujrzymy Boga twarzą w twarz, ale już tu na ziemi mamy początek tego błogo­sławionego widzenia przez wiarę i przez miłość.

     Przez wiarę, że Bóg jest, że działa w świecie stworzonym, że jest w drugim człowieku, w bliźnich, wśród których żyjemy. I przez mi­łość. „Kto miłuje Boga, a nienawidzi brata swego - ten jest kłamcą" - mówi św. Jan (1 J 4, 20). I to jest też zapoczątkowanie nieba -miłość bliźniego na ziemi. Bo jeżeli tu widzimy Boga w bliźnich, to i potem ujrzymy Go twarzą w twarz. A jeżeli nie spotkaliśmy Boga na ziemi, to nie spotkamy Go i w niebie. Bóg nie zaprasza nas na inny świat. To On sam zaprosił się na nasz świat i odkupił go. Praw­da, by Boga rozpoznać tu na ziemi w bliźnich, jest może niekiedy trudna. W świetle wiary jednak jest realna, możliwa, jest sprawdzia­nem, czy i jak wierzymy w Królestwo Boże.

  1. Czy Królestwo Niebieskie - niebo - bywa niekiedy przedmiotem moich rozważań? Chrystus mówił o nim bardzo często.
  2. Czy rozumiem, że owego Królestwa nie mam wyczekiwać, ale mam je tu na ziemi budować?
  3. Czy wierzę w obecność Boga w świecie i czy moim życiem daję o Nim świadectwo?
  4. Czy wiem, że niebo zaczyna się tutaj, na ziemi ?
  5. Czy umiem dostrzec Boga w drugim człowieku, z którym miesz­kam, pracuję, przybywam?
  6. Mówię, że kocham Boga. Ale czy z taką samą łatwością mogę po­wiedzieć, że kocham swoich bliźnich?
  7. Czy pamiętam, że miłość Boga i miłość bliźniego są z sobą niero­zerwalnie złączone

 

 

XVI

   „Błogosławiony mąż, który boi się Pana..." (Ps 112, 1).

       Czasy, w których wypadło nam żyć, nie tak dawne czasy wojny, dały nam wszystkim poznać doskonale smak strachu, bojaźni. Czło­wiek bał się człowieka. I ten lęk tkwi w wielu z nas do dziś. Ile rze­czy w życiu robimy ze strachu przed ludźmi, dlatego, że musimy się z nimi liczyć, że się ich boimy. Człowiek żyje wśród ludzi zależny od nich do tego stopnia, że jeden drugiemu może nawet odebrać życie. Dlatego tak często jesteśmy osaczeni strachem.

      Człowiek wierzący wie, że poza ludźmi istnieje jeszcze Bóg, z którym trzeba się liczyć nade wszystko. I tutaj także strach, źle po­jęta bojaźń Boża, skrzywiają w człowieku właściwy obraz Boga. Czło­wiek nieraz służy Bogu ze strachu przed Jego karą, gniewem, zależ­nością od Niego.

      Ale właśnie dla człowieka wiary ta zależność od Boga inna jest od zależności ludzkiej. Jest to zależność miłości.                                                                                                                   

      Bojaźń Boża - o której mówi psalmista, że jest „początkiem mą­drości" (Ps 111, 10) — to nie strach przed karą, cierpieniem, potę­pieniem. Bóg dla człowieka prawdziwie wierzącego jest Najlepszym Ojcem, który ma dla nas tylko miłość. Stąd bojaźń Boża nie jest strachem przed Bogiem, ale obawą przed naszą własną grzesznością, przed tym, by temu Bogu Miłości nie odpłacić za miłość krzywdą, smutkiem, złem, grzechem, odrzuceniem miłości. Im doskonalsza miłość ku Bogu, tym doskonalsza bojaźń. Jeśli człowiek nie boi się grzechu, to znaczy, że już nie miłuje.

      Jeśli człowiek kocha naprawdę drugiego człowieka, usilnie stara się o to, by nie sprawić mu nawet najmniejszej przykrości, by nie zranić jego miłości, a jeśli się to zdarzy — boleśnie to odczuwa.

      Bojaźń Boża, która nie ma nic wspólnego z ustawicznym lękiem i skrupułami, winna być właśnie naszym usilnym staraniem, by czy­nić wszystko ze względu na Boga, by nie zranić niczym Bożej miło­ści, by być uwrażliwionym na krzywdę, jaka dzieje się Bogu-Osobie poprzez wszelkie nasze zło w myślach, mowie i uczynkach.

  1. Czy wiem, że poza ludźmi, wśród których żyję, z którymi pra­cuję, którym służę i z którymi się liczę - istnieje jeszcze Bóg, z którym muszę się liczyć nade wszystko?
  2. Czy moja wiara w Boga nie wypływa ze strachu przed Nim, przed karą, przed potępieniem?
  3. Czy wiem, że prawdziwa bojaźń Boża jest zależnością miłości?
  4. Czy wierzę, że Bóg jest Bogiem Miłości, moim Ojcem najlep­szym?
  5. Czy boję się grzechu dlatego, bo wiem, że każdy grzech godzi wprost w miłość Bożą ku mnie?
  6. Czy odpłacam Bogu miłością za miłość?
  7. Czy może życie, moje myśli, słowa i uczynki są rzeczywiście dla Boga dowodem mojej miłości ku Niemu?

 

 

XVII

„Bracia, zaufawszy Bogu naszemu głosiliśmy wam Ewangelię z wielką troskliwością. A upominanie nasze nie wypływało z błę­du, nieczystej pobudki albo podstępu... przepowiadamy, aby się nie ludziom podobać, ale Bogu, który bada serca nasze, nigdy bowiem nie mówiliśmy słowami pochlebnymi..." (1 Tes 2, 2-8).

      Dla człowieka wierzącego Kościół nie jest organizacją, ale orga­nizmem żyjącym. To jest Chrystus, który żyje. Kościół głosi nadal Prawdę objawioną, pełni nadal zbawcze dzieło Chrystusa. Prawda, którą głosi, jest prawdą Bożą. I ta prawda jest niezmienna. Kościół nie może z niej zrezygnować, ani zmieniać istoty prawd wiary. I tak się dzieje poprzez wszystkie wieki.

     Poza tymi jednak niezmiennymi prawdami Bożymi, istnieje w Kościele wiele spraw ludzkich, tradycyjnych, zewnętrznych, uzna­nych w swoim czasie w Kościele za słuszne i wprowadzonych w życie. Te mogą ulec zmianom, mogą być poddane nowym przemyśleniom, konfrontacjom.

     Ostatni Sobór Watykański II był właśnie szerokim otwarciem drzwi Kościoła dla konfrontacji tego wszystkiego, co poprzez wieki nagromadziło się w nim ze spraw ludzkich. Poprzez te otwarte drzwi weszli na Sobór nie tylko katolicy ale i ludzie innych wyznań, a na­wet niewierzący. Kościół zaprosił do dialogu wszystkich, by zrozu­mieć także ich racje i nie potępiać nikogo tylko dlatego, że ten ktoś ma inne zdanie, czy inne poglądy.

     Jesteśmy świadkami różnych zmian posoborowych, wyrażających się w liturgii, w stosunku do świata, do innych wyznań, w nowym spojrzeniu na Kościół, na lud Boży, na świętość.

      Słyszało się nieraz ocenę, nawet z ust ludzi wierzących: „Kościół poszedł na ustępstwa". Tymczasem chodzi o to, o czym mówi dziś Apostoł: „przepowiadamy, aby się nie ludziom podobać, ale Bogu". Sobór Watykański II nie był zwołany dla pochlebstw czy ustępstw, czy zwycięstwa czyjejkolwiek racji, ale dla wzajemnego zrozumienia i miłości wszystkich ludzi. Żeby Bóg miał z tego chwałę, a ludzie zbawienie.

      Chodziło o to, aby wszyscy byli jedno (J 17, 11).

  1. Czy wierzę, że w Kościele jest Prawda Boża?
  2. Czy wierzę, że jest ona niezmienna?
  3. Czy odróżniam niezmienną prawdę Bożą od tego, co wynika z postanowień ludzkich, tradycji, zwyczajów?
  4. Czy Sobór Watykański II był dla mnie radością także jako fakt dialogu ze wszystkimi braćmi?
  5. Czy widzę wielkość Kościoła w tym, że kieruje się duchem wza­jemnego zrozumienia, niepotępienia nikogo, szukania wspólnej drogi do Domu Ojca?
  6. Czy jako członek Kościoła mam w sobie postawę otwartą, zdolną przyjąć nie tylko Prawdę Bożą, ale także zdolną zrozumieć prze­konania innych ludzi?
  7. Czy patrzę na posoborowe postanowienia i zmiany jako na środ­ki, które mają coraz bardziej realizować pragnienie Chrystusa „aby byli jedno"?

 

 

XVIII

„Najmilszy... poznałeś z bliska moją naukę, postępowanie, za­miary, wiarę, wytrwałość, miłość, cierpliwość..." (2 Tym 2, 8-10).

       Nikt nie jest samotną wyspą. Żyjemy wszyscy razem, jedni obok drugich. Patrzymy na siebie, na swoje życie, postępowanie. Każdego z nas postawił Bóg w takim, a nie w innym miejscu na świecie, by przez nas, przez nasze życie i działanie objawić swoją miłość.

      Zycie człowieka wierzącego musi być dawaniem świadectwa obecności Bożej w nim. Dawaniem świadectwa, że jest Bóg, że ob­jawianie Boże trwa nadal, że Bóg poprzez ludzi objawia Swą dobroć, tkliwość, radość, wierność, cierpliwość, miłość.

      Konstytucja o Kościele mówi, że „każdy człowiek świecki winien być wobec świata znakiem Boga żywego".

      Nasze życie nie może być tylko teorią wiary. Musi ono być żywą ilustracja zgodności teorii z praktyką. Musi być realnym wcieleniem wiary w życie. Tak, żeby ludzie patrząc na nas poznali z naszego życia - nie z naszych słów - że jest Bóg i jaki jest Bóg.

      Żyjemy w czasach ogromnej dewaluacji słowa. Także w dziedzi­nie wiary - nie nasze słowa, nie deklaracje na temat naszej przynależ­ności do Kościoła - przyciągną ludzi do Boga.

      Człowiek wierzący ma obowiązek poznawać coraz lepiej, coraz do­kładniej Ewangelię. Musi o Bogu dużo wiedzieć. Jednakże człowiek wierzący ma tym bardziej obowiązek pilnie badać, czy razem z jego znajomością Boga i Ewangelii, rośnie coraz lepsze postępowanie we­dług Ewangelii. Czy nasza wiara jest wiarą wiedzy, czy wiarą życia. Ten brak pokrycia dla tego, co wyznajemy, co głosimy - w praktycznym, konkretnym życiu — jest bardzo częstym niebezpieczeństwem dla czło­wieka wierzącego, zwłaszcza w dzisiejszych czasach.

      Jedynie zgodność naszych słów z praktyką, a więc nasze prawdzi­we życie wiarą, tylko życie Ewangelią, nasz przykład życia, tylko to może innym ludziom, tym, którzy są obok nas i mogą nas widzieć z bliska - powiedzieć, że jest Bóg.

     Bóg bowiem, poza swoją Prawdą objawioną, daje się poznać tak­że ludziom poprzez życie i czyny tych wszystkich, którzy Go miłują.

  1. Czy wiem, że ludzie patrzą na moje życie, na moje postępowanie?
  2. Czy wierzę, że Bóg przeze mnie, przez moje życie chce nadal ob­jawiać Siebie Samego?
  3. Czy mogę powiedzieć, że moje życie jest świadectwem Boga ży­wego?
  4. Czy moja teoria wiary pokrywa się z praktyką wiary?
  5. Czy moja coraz większa i lepsza znajomość Ewangelii idzie w pa­rze z coraz lepszym życiem według Ewangelii?
  6. Czy nie ma w moim życiu zbyt wiele deklaracji wiary, a zbyt mało konkretnego świadectwa wiary?
  7. Czy poprzez moje życie i czyny mogą inni poznać Boga i zbliżyć się do Niego?

 

  

XIX

 „Błogosławiony maż, który nie ubiegał się za złotem i nadziei nie pokładał w pieniądzach i skarbach..." (Syr 31, 8-11).

      Człowiek wierzący żyje na ziemi, Na tej ziemi, którą Bóg mu dał, by czynił ja sobie poddaną, przez pracę.

     Wszyscy pracujemy w różny sposób i pomnażamy nie tylko ogól­ny, ale i swój własny stan posiadania. To jest słuszne i godziwe.

     Słusznym winno być i to, że im więcej człowiek posiada, tym bardziej winien być zwrócony ku tym, którzy mają mniej, lub nie mają nic. Tymczasem obserwujemy w życiu, nawet w życiu ludzi wierzących, że im więcej człowiek posiada, tym mniej chce użyczyć z tego drugim. Źle pojęty „dobrobyt", stan posiadania, bardzo często nie tylko zamyka serce i ręce człowieka dla drugich, ale zamyka także serce człowieka wierzącego dla Boga.

     Człowiek wierzący zaczyna postępować tak, jak gdyby to życie na ziemi było celem i końcem wszystkiego. Jakby to wszystko, co po­siada, miał zabrać ze sobą na tamten świat. Zaczyna się ciułanie dla samego ciułania, gromadzenie dla samego gromadzenia.

      I w ten sposób życie człowieka wierzącego nie daje już świade­ctwa, że życie na ziemi jest tylko oczekiwaniem na przyjście Pana.

Nasze skąpstwo, nasza niechęć do udzielania z tego co mamy, tym, którzy potrzebują, nasz egoizm - to problem wcale nie obcy dla nikogo z nas. Tymczasem nikt nie jest tak ubogi, żeby nie mógł czegoś dać drugiemu. Tu nie chodzi tylko o pieniądze.

      Bardzo rzadko człowiek wierzący pamięta o tym, że ilekroć udziela ze swego innym, tyle razy to samo dobro wraca do niego z innej strony.

     Posoborowy Kościół w szczególny sposób chce być Kościołem ubogim. Człowiek wierzący musi być ubogi, to znaczy zawsze otwar­ty na przyjęcie Boga i zawsze gotowy udzielić innym ze swego.

  1. Czy jestem dostatecznie wyczulony na potrzeby drugich?
  2. Czy nie zakorzeniło się we mnie skąpstwo?
  3. Czy nie zamykam świadomie swego serca i swych rąk, by nie przyjść z pomocą innym?
  4. Czy traktuję - zgodnie z moją wiarą - życie doczesne nie jako cel, ale jako „oczekiwanie na przyjście Pana"?
  5. Czy pamiętam, że nigdy nie jestem tak biedny, żebym nie mógł dać czegoś drugim?
  6. Jaki jest mój stosunek do rzeczy materialnych? Czy nie przypisuję im nadmiernej wartości?
  7. Czy praktykuję ubóstwo w ramach moich możliwości po to, by mieć więcej do udzielania   potrzebującym?

 

  

XX

 „Bracia, według ducha postępujcie, a pożądliwością ciała nie ulegniecie, ciało bowiem pożąda przeciw duchowi, a duch prze­ciw ciału, bo sprzeciwiają się one sobie nawzajem, abyście nie czynili, cokolwiek chcecie..." (Gal 5, 16-24).

       Dla współczesnego człowieka wiara bardzo często wydaje się czymś' niebezpiecznym. Wiara w Boga wymaga bowiem uznania Jego autorytetu, jest więc zgodą na jakąś zależność. I to jest jedną z przy­czyn, dla których ludzie odrzucają wiarę. Utrata wiary nie wynika tu z pewnych racji rozumowych, ale łączy się z życiem moralnym.

      Chrystus w Ewangelii ciągle nakazuje nam jakieś określone dzia­łanie. „Postępuj tak a tak", „czyń to a to". Stary Testament przyniósł skatalogowane żądanie Boże zawarte w 10 przykazaniach.

I te wszystkie Boże nakazy i zalecenia człowiek wierzący często przyjmuje z lękiem, traktując je jako wtargnięcie Boga w swoje życie, jako zamach na wolność człowieka. I w ten sposób rodzi się konflikt        os między wolnością i niezależnością człowieka — z przykazaniem.

      Tymczasem Bóg, stwarzając człowieka, uczynił go istotą wolną. I do dziś człowiek jest wolny i ma prawo absolutnego wyboru i sa­mostanowienia.

      Bóg dał człowiekowi przykazania nie po to, by mu tę wolność odebrać, ale po to, by ją właśnie ocalić. Wszystkie przykazania i rady Boże są sprzymierzeńcami wolności człowieka. Człowiek odrzuca­jący przykazania spętany jest w niewolę własnego egoizmu. To nie jest działanie świadome i wolne, to bowiem istnieje tylko wtedy, gdy człowiek czegoś od siebie wymaga. „Od siebie" — nie „dla siebie".

      Człowiek jest prawdziwie wolny, gdy zdobywa się na działanie trudne ze względu na Boga i na drugiego człowieka. A to jest możli­we tylko na płaszczyźnie miłości. Miłość jest najwyższą postacią wol­ności człowieka.

      Jeżeli na życie wiary spojrzymy tylko jak na wierność pewnemu systemowi prawd i nakazów - to bardzo łatwo utracić można to, co w tej mierze jest najistotniejsze: żywego Boga i Jego miłość. Cała etyka wypływająca z wiary wskazuje drogę, na której człowiek może Bogu żywemu odpowiedzieć miłością na miłość.

  1. Jaki jest mój stosunek do przykazań i rad Bożych, zawartych w Piśmie Św.?
  2. Czy traktuję je jako zamach na moja wolność?
  3. Czy wiem, że największym zagrożeniem mojej wolności jest mój własny egoizm?
  4. Czy moje działanie jest świadome i wolne, to znaczy: czy umiem od siebie czegoś wymagać?
  5. Czy wierzę, że przykazania Boże są wyrazem Jego miłości dla mnie?
  6. Czy wiara jest dla mnie wiernością doktrynie, czy wiernością ży­wemu Bogu?
  7. Czy wiem, że brak miłości zabija we mnie wolność?

 

  

XXI

 „Niewiastę mężną któż znajdzie..." (Prz 31, 10).

       Na Prawdę Bożą odpowiada człowiek wiarą. Od słowa „wierzę" zaczyna się początek każdego życia religijnego.

I w tym słowie „wierzę" mieści się ogromne męstwo. Męstwo, którego wiara wymaga. Człowiek wierzący w Boga i wierzący Bogu, dokonuje jakby wielkiego skoku z zamkniętymi oczyma w tajemnicę Boga, w tajemnicę Jego nauki i żądań.

      Nie wystarczy bowiem mieć w wierze wzniosłe myśli, płomienne pragnienia. Wiara wymaga od człowieka ogromnego męstwa, wolnej woli w tym przede wszystkim, że człowiek wierzący powierzając się Bogu przyjmuje wszystkie konsekwencje wiary, jakie z niej wynikają dla życia.

     Człowiek wierzący musi cały czas oddać się Bogu i wszystko przyjąć z Jego nauki, bez zastrzeżeń i rozgraniczeń na to, co mi odpowiada i co mi nie odpowiada.

      Męstwo, którego wymaga od nas wiara, polega głównie na tym, że człowiek uznaje Boga za wartość najwyższą, taką, której podpo­rządkowane są wszystkie inne wartości w życiu.

      To się tak łatwo czasem mówi, ale w praktyce takie ustawienie sprawy wiary wymaga bardzo często prawdziwego męstwa. Każ­dy bowiem z nas z własnego doświadczenia wie, jak często nie ma w sobie dostatecznie silnej woli i dostatecznego męstwa i płaci Bo­giem i Łaską, a więc wartościami najwyższymi, za wartości przemija­jące. I dzieje się to w rzeczach drobnych i w rzeczach wielkiej wagi.

      Tym, co w życiu wiary osłabia najczęściej nasze męstwo, to: za­chwianie hierarchii wartości, jakaś bezmyślność życia, przypad­kowość tego, co się robi, strach, lęk przed wysiłkiem, cierpieniem, ryzykiem, ofiarą, brak wierności w wypełnianiu codziennych obo­wiązków. Zamiast mężnego życia wiarą - marnujemy łaski, samo ży­cie, czas.

      Męstwo wiary wymaga wielkiej odwagi i prawości, by umieć za­wsze wyznać Boga we wszystkich sytuacjach i okolicznościach, by dostosować się do przykazań i planów Bożych niezależnie od tego, ile to kosztuje.

      Najwyższym wyrazem męstwa wiary jest śmierć męczeńska - od­danie swego życia za wiarę w Boga. Męstwo wiary jest również odda­niem swego życia Bogu.

  1. Czy wiem, że męstwo wiary wymaga ode mnie przyjęcia wszyst­kich konsekwencji wiary, jakie z niej wynikają dla życia?
  2. Czy moje oddanie się Bogu jest całkowite?
  3. Czy nie czynię selekcji na to, co mi w wierze odpowiada i nie od­powiada?
  4. Czy Bóg jest dla mnie wartością najwyższą, absolutną?
  5. Czy nie płacę tą wartością najwyższą za wartości przemijające?
  6. Co osłabia najbardziej moje męstwo wiary?
  7. Czy wyznaję mężnie swą wiarę w codziennym życiu, bez względu na to, ile mnie to kosztuje?

 

 

 

XXII

 „Onego czasu: pod krzyżem Jezusowym stała Matka Jego..." (J 19, 25-27).

       Wiara nasza mówi, że Chrystus umarł na krzyżu dla naszego zbawienia. Myślimy o tym fakcie jako o czymś, co było dawno i jednorazowo. Tymczasem Chrystus umiera za nas codziennie. Codziennie zabijamy Chrystusa w naszych sercach przez grzech i codziennie stoi Maryja pod krzyżem jako świadek tego, co robimy z Jej Synem. Jest też codziennym świadkiem Bożego przebaczenia dla nas, bo po to Chrystus umiera ciągle na nowo, by były odpusz­czone i darowane nasze grzechy. Więc i Maryja musi nam codzien­nie przebaczać.

      Dla człowieka wiary płynie z Chrystusowego krzyża Boże żąda­nie: byśmy także umieli przebaczać. Wiara wymaga od każdego czło­wieka, by wszystkie zatargi, nieporozumienia, pretensje do ludzi -rozwiązywać drogą przebaczenia i zgody.

      Tymczasem nasze serca, serca ludzi wierzących, pełne są zadaw­nionych i nowych żalów, pamiętania doznanych krzywd i uraz, pełne przykrych wspomnień, pretensji, tego wszystkiego o czym mówimy, że do śmierci będziemy to ludziom pamiętali. A za tym wszystkim stoi jeszcze często nadzieja, że Bóg pomści nasze krzywdy i ukarze naszych wrogów.

      Bóg tymczasem, w stosunku do każdego z nas, kładzie na na­szych winach i grzechach krzyż swego przebaczenia i nie chce ani po­msty dla nas, ani niczego już nawet nam nie pamięta.

       Człowiekowi wierzącemu tak trudno odpowiedzieć na krzywdę miłością przebaczenia, która jedynie może przerwać łańcuch zła.

      Jak to jest możliwe, że człowiek wierzący, który codziennie ko­rzysta z Bożego przebaczenia, z przebaczenia Bożej Matki, która nie tylko, że nam przebacza ale jeszcze modli się za nami grzesznymi — jak to jest możliwe, że człowiek wierzący nie postępuje tak samo wo­bec innych ludzi?

      Może nic bardziej dalekie nie jest od ducha prawdziwej wiary, jak ta skłonność w nas, by odpłacać złem za zło, by nie wyciągnąć ręki do zgody, by trwać w nienawiści jedni do drugich.

  1. Czy wiem, że Chrystus umarł na krzyżu dla mojego zbawienia, za moje grzechy?
  2. Czy wiem, że śmierć Chrystusa powtarza się codziennie?
  3. Czy wiem, że Bóg mi nigdy nie odmówi swego przebaczenia?
  4. Czy moja wiara wyraża się także w gotowości przebaczania in­nym, darowania win?
  5. Czy umiem swoim przebaczeniem przerwać łańcuch zła?
  6. Czy modląc się: „i odpuść nam nasze winy" — umiem je darować innym?
  7. Czy odpłacam złem za zło, czy podtrzymuję w sobie nienawiść i niechęć do ludzi? Czy potrafię pierwszy wyciągnąć rękę do zgody?

 

 

 

XXIII

 „Bracia, widowiskiem staliśmy się dla świata, dla aniołów i dla ludzi..." (1 Kor 4, 9).

      Wiara Katolicka uczy, że Bóg jest Bytem najprostszym. W Bogu nie ma żadnej złożoności. Dogmatyka mówi, że Bóg jest „omnino simplex", a więc „całkiem prosty". To też wszystko, co jest z Boga musi być także proste, niezłożone, pełne naturalności.

      Wiemy, że życie Chrystusa na ziemi dalekie było od jakiejkolwiek nadzwyczajności. Proste życie, prosta praca, zwykłe obowiązki, zwy­kłe nauczanie — choć wypełnione niezwykłą treścią, treścią miłości. Gdybyśmy planowali życie Chrystusa, na pewno nie uczynilibyśmy Go cieślą. To takie proste... Wymyślilibyśmy dla Niego coś bardziej godnego uwagi.

      W całą tę prostotę życia Chrystusa i Jego Ewangelii wkroczył człowiek i zaczął wszystko gmatwać, komplikować, czynić z prosto­ty plątaninę. Tymczasem Bóg na pewno nie zostawiłby nam swej Dobrej Nowiny, gdyby miała ona być jakaś niestrawna, cudaczna, udziwniona.

      Chrystus nauczył nas, że prostota polega głównie na właści­wym odczytaniu myśli Bożej we wszystkim. Człowiek prosty osądza wszystkie sprawy w świetle wiary, z niczego nie czyni „widowiska", we wszystkich trudnościach, kłopotach, radościach, w całej codzien­ności - wszędzie odnajduje myśl Bożą i wszystko przyjmuje jako po­chodzące z Ręki Bożej. Prostota daje człowiekowi tylko jedno prag­nienie: służyć Bogu i ludziom w sposób szczery, naturalny, zwykły i być w tym wszystkim radością dla Boga. Bardzo obca jest prosto­cie chęć zwrócenia na siebie uwagi, chęć zdobycia uznania, podziwu, własnej chwały. Prostota i naturalność dają człowiekowi taką czystość intencji, że wszystko, co człowiek robi, jest proste, życzliwe, bezin­teresowne, miłe Bogu i ludziom. I robi to wszystko bez specjalnej myśli o zdobyciu doskonałości. Im mniej świadoma doskonałość -tym lepsza.

      Zagmatwane, splątane, pełne „widowisk" czasy dzisiejsze, rodzą ku zreflektowaniu ludzi - świętych pełnych prostoty, jak np. Jan XXIII. Ten Papież powiedział kiedyś: „Gdzie jest prostota, tam jest naturalność, a gdzie jest naturalność tam jest Bóg".

  1. Co wiem o prostocie Boga?
  2. Czy odczytałem prostotę życia Chrystusa z Ewangelii?
  3. Czy wiem, że prostota polega na właściwym odczytaniu myśli Bożej we wszystkim?
  4. Czy moje postępowanie, mój styl życia są pełne prostoty i natu­ralności?
  5. Czy nie robię „widowiska" ze swojej wiary i pobożności?
  6. Czy moje słowa, myśli i uczynki wypływają z czystej intencji?

 

 

 

XXIV

 „Bracia, wy jesteście ciałem Chrystusowym, jedni drugich człon­kami... czy wszyscy są apostołami? Czy wszyscy prorokami?..."  (1 Kor 12, 27-31).

       Powiedział Bóg, że źle jest człowiekowi samemu. Stworzenia Boże są przeto powiązane w rodzinę ludzką, rodzinę człowieczą. We­dług myśli Bożej człowiek ma żyć społecznie.

      Dziś coraz więcej mówi się o jedności rodziny ludzkiej. We wszystkich dziedzinach bierze się pod uwagę to, że ludzkość two­rzy całość. Także teologia zajmuje się tym problemem. Wskazuje, że zbawcza misja Chrystusa może być ujęta jako: zgromadzenie wszyst­kich ludzi znów w jedno, przywrócenie jedności.

      Jedność ludzkości rozbił grzech. Każdy tworzy swój odrębny, broniony w egoizmie świat. Tymczasem Chrystus chce, by ludzie żyli związani ze sobą różnymi więzami. Sw. Paweł mówi o wzajemnych więzach, które wypływają z różnorakiego naszego działania, Każde nasze działanie służy drugim i odwrotnie.

     Nasze zdolności, całe nasze wyposażenie od Boga otrzymane, na­sze ludzkie działanie musi mieć odniesienie do drugiego człowieka, musi innym służyć. Inaczej nie miało by to sensu. Zycie Chrystusa całe nastawione było na człowieka. Żył dla nas, umarł za nas.

     Służę innym ludziom - to musi być najważniejszy aspekt naszego działania. Choćby to były najbardziej teoretyczne badania, to i one mają praktyczne zastosowanie. Nie można działać dla samego dzia­łania. Wszystko co robimy, musi być z myślą o drugich: dla ich dobra, dla ich uświęcenia, dla ich wygody, dla ich radości.

     Wiara, że jesteśmy ciałem Chrystusowym, jedni drugich człon­kami, sprawia, że dzielimy się i wzajemnie ubogacamy dobrami Bo­żymi, dobrami doczesnymi, że wspólna nam jest troska o sprawy do­czesne i o sprawy wieczne.

     Wspólnota członków mistycznego Ciała Chrystusa to także: za­uważać innych ludzi, brać sobie do serca ich sprawy, przyjmować ich punkt widzenia, stwierdzać słuszność ich poglądów, umieć udzielać ze swych umiejętności i zdolności, a także umieć brać, przyjmować od innych.

     Życie wspólne nie jest łatwe. Można żyć wspólnie bardzo osob­no. Chodzi jednak o to, by między wszystkimi ludźmi wytworzyła się ubogacająca jedność, w Jezusie Chrystusie, Panu naszym.

  1. Czy czuję się związany z wszystkimi ludźmi w jedną rodzinę czło­wieczą?
  2. Czy moje działanie ma odniesienie do drugiego człowieka?
  3. Czy wiem, że wszyscy ludzie są członkami Ciała Chrystusowego?
  4. Czy wiem, że wszyscy możemy dzielić się nawzajem swoimi zdolnościami, wszystkim tym, w co wyposażył (każdego ina­czej) nas Bóg?
  5. Jaka jest moja postawa odnośnie życia wspólnego, w rodzinie, w miejscu pracy, w przypadkowo spotkanych środowiskach?
  6. Czy modlę się - jak Chrystus - o jedność wszystkich ludzi i czy nie rozbijam jakiejkolwiek jedności?

 

 

XXV

„Wam bowiem z łaski dane jest to dla Chrystusa: nie tylko w Niego wierzyć, ale i dla Niego cierpieć, skoro toczycie tę samą walkę, jaką u mnie widzieliście, a o jakiej u mnie teraz słyszycie" (Flp 1, 30).

       Wiara — jak już mówiliśmy - nie jest czymś, co gwarantuje ab­solutny spokój, pewność i łatwość życia. Od czasu do czasu Bóg do­puszcza na człowieka „silną walkę". Mogą to być ciężkie doświadcze­nia zewnętrzne, mogą być i wewnętrzne.

      Jest często tak, że człowiek wierzący załamuje się w swej wierze na skutek różnych faktów, o których sądzi , że go od Boga odwo­dzą. Tymczasem Bóg i to przewidział. I dlatego człowiek wierzą­cy prawdziwie idzie do Boga przez swoje dobro i zło, przez klęski i zwycięstwa, i wierzy, ufa, że Bóg mimo tego, co mu się wydaje trudnościami nie do pokonania, zrealizuje w nim świętość. Wszystko to powinno nas do Boga zbliżyć, a nie oddalać.

      Nasza wiara w Boga musi podlegać także - jak wszystko w życiu - pewnemu rozwojowi. Nie może być czymś ciągle jednym i tym sa­mym. Nasza wiara „rośnie" razem z nami, z naszymi latami, przeży­ciami, doświadczeniami, jest coraz pełniejsza, może szybko wzrastać. Ale może i słabnąć.

      Wiara - to nie jest stan: po prostu wierzę w Boga - i już. Nasz związek z Bogiem, nasza wiara jest życiem. A życie musi się rozwijać. Nasz związek z Bogiem to nie jest formalne wypełnienie aktów po­bożności. Akty te nie są miarą naszej wiary czy niewiary w Boga.

      Człowiek bardzo często przeżywa bliskość Boga wtedy, gdy Go czuje, a w trudnościach, przeżyciach, odrzuceniach nawet - wtedy, gdy Bóg jest najbliżej człowieka - nie odczuwa Go.

     Człowiek wiary musi przejść przez wszystkie „silne walki", jakie Bóg na niego ześle i wszystkie cierpienia przyjąć tak, jako pochodzą­ce z ręki Bożej.

      Bóg doświadcza w ten sposób naszą wiarę, nadzieję i miłość. Przeto czas „silnych walk" może być albo na wzrost naszej wiary, albo na jej upadek.

      Uczy nas także prawdziwej pokory.

  1. Czy pamiętam, że wiara nie gwarantuje mi życia całkowicie spo­kojnego, bezproblemowego, łatwego?
  2. Jak przyjmuję okresy „silnych walk", jakie Bóg na mnie dopuszcza?
  3. Czy wiem, że poprzez wszystko, a więc nie tylko przez powodze­nie, zwycięstwa i pociechy, mogę iść do Boga?
  4. Czy moja wiara ulega ciągłemu rozwojowi?
  5. Czy wiarę w Boga uzależniam od moich stanów uczuciowych, od tego, czy Boga czuję, czy też nie?
  6. Czy Boże doświadczenia przyjmuję z miłością?
  7. Czy moje klęski, walki, trudności uczą mnie prawdziwej pokory i coraz większego zawierzenia Bogu?

 

 

 XXVI

 „Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? Czyż jeszcze nie na­deszła godzina moja?" (J 2, 4).

       Odpowiedź, którą usłyszała Maryja, kiedy zwróciła się do Chrystu­sa o pomoc, była odpowiedzią „twardą". Pozornie była to odpowiedź odmowna. Mimo to Maryja nie zraziła się tym. Ufała Bogu i dlatego przyjmowała wszystko, co od Niego pochodziło, choćby to było dla Niej przykre. Nie zrażała się także niczym, co ją spotkało od ludzi, z którymi i wśród których żyła.

      Ta umiejętność niezrażania się jest w naszym życiu zjawiskiem bardzo rzadkim. Codziennie bowiem zrażamy się sprawami błahymi i ważnymi i coraz mniej dzięki temu ufamy Bogu i ludziom.

      W stosunku do Boga zrażamy się dzięki niewysłuchanym proś­bom, niepowodzeniom, cierpieniom. Do ludzi zrażamy się często za lada przykrość, pomyłkę, uchybienie. I te nasze podejrzenia i zraże­nia się do ludzi płyną najczęściej z tego, że dopatrujemy się w drugich tego, do czego sami jesteśmy zdolni. Wszelkie podejrzenie jest najczęś­ciej odbiciem tego, co jest w nas samych.

     Zrażanie się, wynika głównie z podejrzliwości, z tego, że we wszyst­kim węszymy, że inni chcą nas oszukać, wyzyskać. I to nastawienie mamy i do Boga i do ludzi.

     Zrażenie się, podejrzliwość zabijają w nas coraz bardziej ufność. Czasy dzisiejsze niosą z sobą coraz większy kryzys zaufania w stosunkach mię­dzyludzkich. Może i dlatego ludzie czują się dziś tak bardzo samotnymi. Wzajemna nieufność i wzajemna podejrzliwość szerzą się coraz bardziej.

      Także w stosunku do Boga, do Bożych wymagań, żądań, nauki -rodzi się podejrzliwość i zatraca się ufność. Mówi się nawet czasem, że Bóg staje na drodze ludzkiemu szczęściu.

      Maryja nigdy się nie zrażała, nigdy nie podejrzewała nikogo, a jeśli chodzi o Boga - ufała Mu bezgranicznie i do końca. A prze­cież Ona właśnie mogła być najbardziej rozczarowana tym, co Bóg zgotował w Jej życiu.

     Prawdziwa wiara u człowieka głęboko wierzącego nie da się po­myśleć bez prawdziwej i głębokiej ufności.

  1. Czy posiadam umiejętność niezrażania się niczym w stosunku do Boga i ludzi?
  2. Jaki jest mój stosunek do nie wysłuchanych przez Boga moich próśb, żądań, pokrzyżowanych planów, cierpień?
  3. Czym zrażam się najbardziej w stosunku do ludzi? Czy moje sta­nowisko jest słuszne?
  4. Ile jest we mnie podejrzliwości?
  5. Jak ufam Bogu?
  6. Czy mam zaufanie do ludzi?
  7. Czy z moją wiarą łączy się głęboka ufność Bogu?

 

 

 XXVII

 „Bracia, jeśli żyjemy Duchem, według Ducha też i postępujmy... nie bądźmy chciwi próżnej chwały... jeden drugiego brzemiona noście... a każdy niech bada swe postępowanie... co człowiek posieje to i żąć będzie... póki czas mamy, czyńmy dobrze wszyst­kim..." (Gal 5, 25; 6, 2-10).

       Powyższe słowa przynoszą nam pewne wskazania i rady dotyczą­ce programu życia chrześcijańskiego, życia wiary. Mówią także o ko­nieczności ciągłej kontroli: „a każdy niech bada swe postępowanie".

      Nasze rozważania miały jako zasadniczy temat: wiarę. Wiarę, którą wyznajemy i według której chcemy żyć i postępować.

      W obecnym Roku Wiary musimy zdać sobie jasno sprawę z tego, czy naprawdę wierzymy i czy żyjemy według Prawdy Bożej.

      Prawda Boża zawarta jest w Objawieniu, w Ewangelii. I tu po­wstaje problem naszej znajomości Boga i Jego nauki. Nie można być człowiekiem wierzącym i nie można żyć życiem wiary, jeśli się nie wie o Bogu tego wszystkiego, czego można się o Nim dowiedzieć osobiście.

      Człowiek wierzący musi zadać sobie trud, by dowiedzieć się o Bogu wprost od Niego samego, z Jego Ewangelii. Musi tę Ewange­lię czytać, rozważać i według niej badać swoje postępowanie.

      Człowiek, kochając drugiego człowieka, chce się dowiedzieć o nim jak najwięcej, chce żyć tym, co ten człowiek myśli, jak postę­puje. Tak samo musi być i z Ewangelią w życiu naszym.

     Musimy czytać Ewangelię, nie tylko po to, by rozważać jej treść, ale zrozumieć, co Bóg mówi mi osobiście poprzez te wszystkie słowa. Dla każdego z nas słowa z Ewangelii będą miały pewien swoisty, nie­powtarzalny sens i znaczenie i właśnie w Ewangelii znajdziemy wiele rozstrzygnięć trudnych spraw naszego życia.

     W Roku Wiary sięgnijmy naprawdę po Ewangelię, czytajmy ją, rozważajmy. W ten sposób zbliżymy się do Chrystusa i pogłębimy naszą miłość ku Niemu, a także wiarę w naszym życiu i postępowa­niu. Bo ten kto miłuje, postępować będzie tak, jak nakazuje miłość i przykład życia Chrystusa. A to jest właśnie treść Ewangelii.

  1. Czy wiem, że Prawda Boża zawarta jest w Piśmie Św., w Ewangelii?
  2. Czy mogę powiedzieć, że znam Ewangelię?
  3. Czy czytam i rozważam codziennie choćby jedno zdanie z Ewan­gelii?
  4. Czy spotkałem się w Ewangelii osobiście z Bogiem?
  5. Czy badam, jako człowiek wierzący, moje postępowanie z treścią Ewangelii?
  6. Czy znajduję w Ewangelii wskazówki dla mojego życia i roz­strzygnięcia moich trudnych spraw życiowych?
  7. Co zrobię w Roku Wiary, by poznać lepiej Chrystusa w Ewangelii?